Pathred Bleach PBF Strona Główna
FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy  Statystyki Rejestracja  Zaloguj  Album
 Ogłoszenie 

Zapraszam do wzięcia udziału w pozafabularnej -> sesji osadzonej w settingu wikingów


Poprzedni temat :: Następny temat
Oddział medyczny Zakonu - Yamashita's Past
Autor Wiadomość
Yamashita 


Stanowisko: Quincy
Ressurection: 20
Multikonta: Dagan
Wysłany: 2012-06-17, 22:41   Oddział medyczny Zakonu - Yamashita's Past  

Obudziłem się w dużej sali, obok mnie z lewej strony stało łóżko, z prawej zaś dwa. Naprzeciwko mnie stały cztery puste łóżka. Ściany były koloru zielonego, sufit białego. W całej sali pachniało chemią.
~Gdzie ja jestem?! Jak ja się tutaj znalazłem?! Dlaczego nic nie pamiętam?!~ Zastanawiałem się. Usiadłem na skraju łóżka, złapałem się za głowę i próbowałem sobie przypomnieć jak się tutaj znalazłem. Jedyne co na razie przychodziło mi do głowy, to wspomnienie. Byłem w siedzibie zakonu i wtedy pojawiło się dwoje shinigami. Fusae i jakiś chłopak, którego imienia nie mogę sobie przypomnieć. Przez głowę przeszedł mi obraz tamtych wydarzeń:
Do pokoju weszła dziewczyna.
-Witaj Quincy. Nazywam się Fusae Inukai. Jestem taicho III dywizji. Przybywam do Ciebie w bardzo interesującej i wydaje mi się korzystnej sprawie.- powiedziała i czekała na mój ruch.
Byłem zszokowany tym, kogo tu ujrzałem.
Shinigami?! Co ten Yoshi znów nawywijał. Czyżby domyślał się o co mi chodzi? Może on nie wie tak naprawdę co planuje? No cóż nadejdzie czas by go uświadomić.
- Yamashita Makoto. A więc moja droga co Cię tutaj sprowadza? I kim jest ten młodzieniec, który przybył z Tobą?- powiedziałem i popatrzyłem w stronę drugiego Shinigami.



Wtedy ona znów się odezwała.
-Miło mi Cię poznać Yamashita-kun. Chciałabym porozmawiać z Tobą o naszych zbrodniach. Chyba najwyższy czas sobie coś wyjaśnić. Bo wiesz...strasznie głupio nam jest, że przez naszych przodków musimy nosić tą skazę, której oni się dopuścili. Chciałabym żebyś postarał się mnie zrozumieć. To co się teraz dzieje, nie jest odzwierciedleniem tego co działo się kiedyś. Naprawdę przykro nam z tego powodu, że przez nas cierpieliście. Gdybym mogła naprawiłabym to wszystko. Dlatego chciałabym żebyś nam przebaczył. Naprawdę zależy nam na pokoju z Wami.- powiedziała a jej powieki zaczęły lekko drgać. Wtedy odezwał się ten drugi.
-Nazywam się Hiro Nakayama i jestem taichou IX oddziału. Nie martw się nie zamierzamy wywoływać kolejnego konfliktu między naszymi rasami. Wręcz przeciwnie, chcemy zakończyć naszą "wojnę". – spokojnie odpowiedział mi blondyn.
Dziewczynie zebrało się na szczerość. Czy ona właśnie przeprasza mnie w imieniu Soul Society za zbrodnie Shinigamich? Nie wierzę.
-Powiedz mi moja droga. Czy to nie głównodowodząca powinna przyjść i prosić mnie o przebaczenie? Dlaczego posługuje się sługusami? Czy Soul Society aż tak upadło, że zniża się do takiego poziomu?- zacząłem drwić z Soul Society. -Jak w ogóle sobie to wyobrażacie? Mamy zapomnieć o tym wszystkim od tak o po prostu? Niby nigdy do niczego nie doszło? Wiesz, że to nie jest takie łatwe. Chyba, że soul society zależy na pokoju z nami bo czegoś potrzebują od nas?- powiedziałem z zaciekawieniem w oczach.
-Hiro mówisz, że chcesz zakończyć wojnę? A czy my chcieliśmy ją w ogóle rozpoczynać?- Chłopaka chyba zaskoczyło moje pytanie.
-Wybacz Fusae-san, jednakże muszę to powiedzieć. – skierował się do towarzyszki po czym odwrócił się w moim kierunku i rzekł:
-Gomen, jednakże głównodowodzące nie mogła sama tu przybyć. Nazywanie nas sługusami jest jednakże nie na miejscu. Nie wiem co ci zrobili shinigami, nawet nie chce wiedzieć, cierpienie, ból zawsze znaczą to samo, chociaż każdy odczuwa je inaczej. Nie wiń nas za błędy naszych poprzedników. My w tej kwestii nie mieliśmy praktycznie nic do powiedzenia, a gdyby to zależało od nas to konflikt pomiędzy naszymi rasami nigdy by nie powstał. Nie przybyliśmy tu by wykłócać się o to która ze stron ma racje, która zaczęła owy spór. Sprawców osądzi historia, ona jest jednakowa dla nas wszystkich, co więcej myślę iż oni swoje odcierpieli. To co mnie osobiście boli najbardziej to to iż ten konflikt ma znaczący wpływ na następne pokolenia quincy i shinigami. Obydwie rasy uczone nienawiści do siebie nawzajem, cierpiały niewyobrażalnie bardziej niż ci którzy ginęli walcząc w swoich przekonaniach. Ta nienawiść nie prowadzi do niczego dobrego wręcz przeciwnie niszczy każdego od środka. Nie wymagamy od was byście zapomnieli o krzywdach których doświadczyliście. Prosimy was jednak byście przynajmniej spróbowali nam przebaczyć. Pomyślcie co wam da nienawiść do nas, dokonacie zemsty i myślicie że coś się zmieni?, myślicie że wszystko będzie w porządku?, Jeśli tak uważacie to mylicie się. Zemsta nie wskrzesi zabitych, nie uleczy rannych. Zemsta to tylko przykrywka, do tego by dalej nienawidzić. Zastanówcie się, czy chcecie dalej żyć w nienawiści, czy też może spróbujecie nam wybaczyć. – zakończył swe "przemówienie" taichou IX oddziału.
Rozbawiło mnie zachowanie Hiro. Myślał, że nic się nie stało? No proszę proszę.
-Yare yare...a co powiesz o artefakcie quincy, który sami zabraliście? Dlaczego z powrotem nie należy on do nas? Nie pomyślałeś o tym? Przecież Wam się on do niczego nie przyda.- powiedziałem z ironicznym uśmiechem na twarzy.
-Fusae zastanowię się czy warto przebaczać. Mówiłaś coś o propozycji? Tak więc zamieniam się w słuch.- podparłem twarz dłonią i wsłuchiwałem się w to co miała do powiedzenia.
-Yamashita-kun proszę. Nie śmiej wątpić w szczerość naszych słów. Naprawdę głupio nam za to co kiedyś zostało na nas rzucone. Jak mamy Ci to udowodnić? Co mamy zrobić?- Chyba naszły ją jakieś obawy i chwila zwątpienia.
-Pytasz mnie o propozycję? Tak więc już Ci tłumaczę. Dobrze wiesz jak wygląda teraźniejsza sytuacja w tym świecie. Hueco Mundo rośnie w siłe. Soul Society jest w rozsypce. Nie możemy pozwolić żeby doszło do tego, że zło przejmie kontrolę nad światem. Co wtedy stanie się z zakonem? Przypuszczam, że Was też wykorzystają a potem zrobią z Wami to co z resztą tych, którzy będą im nie potrzebni. Głównodowdząca Midori-sama chciała by sama załatwić z Wami tą sprawę ale naprawdę nie może gdyż musicie nas zrozumieć. Soul Society potrzebuje naprawdę dobrego sojuszu. Wspomniałeś o artefakcie quincy? Tak mamy go. Dlatego w ramach naszych przeprosin i prośby o pomoc w walce chcemy Ci zaproponować zwrot tego co Wasze. Wydaje mi się, że to naprawde korzystna oferta?- powiedziała i popatrzyła z zaciekawieniem na mnie i mój kolejny ruch.
To co mówiła ta dziewczyna miało nawet trochę sensu. Jednak skąd mogę mieć pewność, że będzie tak jak ona powiedziała? A jeżeli to jest kolejny haczyk soul society żeby pozbyć się resztki zwabionych quincy?
-Jaką mogę mieć pewność, że Wasze intencje są prawdziwe? Może to tylko taka podpucha? My pojawimy się w Soul Society a Wy wykończycie nas swoją przewagą? Nie dziw mi się, że trudno mi uwierzyć w Wasze słowa ale tak po prostu to wszystko wygląda. Próbuje reaktywować zakon ale samemu mi się to nie uda. Nie powiem, że trochę jestem zaciekawiony tego co mi oferujecie ale jednak mam co do tego jedno małe ale.-powiedziałem i uśmiechnąłem się do Fusae.
Dziewczyna chyba zaczęła wątpić w to, że jest przekonująca, w to że uda jej się cokolwiek osiągnąć.
-Yamashita-kun sądzisz, że Soul Society w obecnej sytuacji mogłoby sobie pozwolić na taki durny ruch? Jak moglibyśmy akurat teraz proponować Ci coś co nie jest prawdą? Akurat teraz kiedy potrzebujemy sojuszu i musimy robić wszystko aby takowy zdobyć. Widziano Cię w towarzystwie primero espady a nawet samego władcy Hueco Mundo. Proponował Ci coś w zamian za pomoc? Kompletnie nic. Jemu potrafisz zaufać a nam nie chcesz? Mówisz, że nie masz pewności? Nie starając i nie próbując nam zaufać nigdy nie dowiesz się czy miałeś rację. Co jeżeli okaże się, że mówiliśmy prawdę a Ty nie opowiedziałeś się po naszej stronie i potem zaczniesz żałować? Yamashita-kun to nie są żarty. To jest wojna. Tutaj opowiadasz się albo za jedną albo za drugą stroną bądź sam zostajesz stracony dlatego proszę Cię przemyśl jeszcze raz moją propozycję.- powiedziała i użyła Senkai-mon.

No tak. Carlos nie oferował mi kompletnie niczego. Zdobywając artefakt na pewno przybiorę na sile. Zakon będzie mógł od nowa funkcjonować. W końcu będzie się liczył. I tak na teraźniejszą chwilę potrzebuję sojuszu. Miałem inny plan no ale chyba będę musiał go zmienić, albo chociaż troszeczkę zmodyfikować.
-Fusae! Poczekaj! Dobrze, wierze w Twoje słowa i chce się zobaczyć z głównodowodzącą. Albo teraz...albo w ogóle.- powiedziałem i wszedłem za Fusae do Senkai-mon.

Po chwili znów powróciłem do rzeczywistości. Faktycznie przypominam sobie tę sytuacje. Tylko nie pamiętam co się działo potem. Gdybym tylko mógł sobie przypomnieć wydarzenia, które działy się w Soul Society. Gdybym tylko pamiętał, co tam się wydarzyło. Czy wszystko poszło po naszej myśli? Jeden dzień dłużej, jeden dzień więcej i zaraz może zrozumiałbym co tutaj robię. W mojej głowie pojawił się właśnie kolejny obraz:
Kiedy przekroczyliśmy bramę Senkai-mon maszerowaliśmy jakimiś alejkami co chwila skręcając. Tak wiele się tutaj zmieniło od mojej ostatniej wizyty. Nawet głównodowodząca. Kiedy przekroczyliśmy krok sali zebrań czułem się niezręcznie. Wszyscy skierowali swoje głowy w naszą stronę. Nie powiem trochę krępowała mnie ta sytuacja. Na dodatek Fusae zostawiła mnie samego i musiałem się teraz spowiadać.
-Miło mi Cię poznać głównodowodząca. Jak już Fusae-san wspomniała chcę by zakon Quincy zaczął ponownie funkcjonować. Napomniała mi także o teraźniejszej sytuacji w soul society i o tym, że potrzebujecie sojuszu. Złożyła mi także propozycję nad która naprawdę się zastanawiam. Chciałbym się między innymi dowiedzieć czy to prawda i jaka ma być w tym nasza rola?- powiedziałem i rozejrzałem się po całej sali. Na samą myśl, że jeżeli coś mogłoby pójść nie tak. Jakikolwiek cień wątpliwości i mogę nie wyjść stąd żywy.

Podeszła do mnie jakaś kobieta. Przyjrzała się z bliska mojej szyi. Widziała pewnie ślad po mojej próbie samobójczej.
- Co się panu stało? Potrzebuje pan leczenia? – zapytała prosto z mostu. Nie bacząc na wszystkich dotknęła mojej szyi i wyczuła resztki duchowej energii otaczające ślad.
- Był już pan leczony. Prymitywnymi zaklęciami, ale dosyć skutecznymi. Może pan odczuwać lekkie zawroty głowy, proszę usiąść, nie chcemy, żeby stracił pan przytomność. – silną ręką posadziła mnie na krześle - Niech się pan nie obawia, nic panu nie grozi. – powiedziała na koniec dziewczyna.
Usiadła na miejscu obok i przyglądała się śladom. W końcu przemyślała sytuację i rzekła:
- Soutaichou-dono. Zastanawiającym jest fakt iż ten oto Quincy był widziany w obecności arrancara o imieniu Zizi - domniemanego Primero Espady. Yamatashita-san, mógłby się pan wypowiedzieć na ten temat? Czyżby arrancarzy wam grozili? Czy też może po prostu próbowali was przeciągnąć na swoją stronę. Ostatnim pytaniem jest to kim są pozostali z twojej nacji? Widziałam w sali monitoringu dwóch - blondyna i wysokiego bruneta. Mógłbyś proszę podać ich imiona? To naprawdę bardzo ważne. Jak najszybciej trzeba się z nimi skontaktować. Midori-dono, czy można rozpocząć dochodzenie w tej sprawie? Wybacz mi proszę moją zuchwałość i bezczelność, ale liczy się czas. Rozłam wśród Quincy może być fatalny w skutkach, a przeciągnięcie części z nich na stronę Las Noches jeszcze gorsze. – ukłoniła się w stronę głównodowodzącej i wlepiła swoje szmaragdowe oczy we mnie.
Wiedziała bardzo dobrze co chciałem zrobić. Chyba każdy już o tym wiedział.
-A więc pozostała dwójka to Yoshi i Ino. Ten pierwszy pójdzie za mną nawet w ogień. Na tego drugiego szkoda zachodu. Jest zaślepiony Carlosem. Ufa mu bezgranicznie i pokłada w nim wszelkie nadzieje. Tak więc przykro mi bardzo ale do rozłamu już doszło.- powiedziałem a w moim oku pojawiła się łza. Nie powiem, że nie będzie mi brakowało Ino bo już to odczuwam. -Nic mi nie jest i nie potrzebuje żadnego leczenia. Już mi dobrze. Pytałaś jeszcze o primero espadę. No cóż to troszeczkę długa historia. Nie wydaje mi się żeby jednak na tę chwilę była potrzebna.- Powiedziałem i spojrzałem w stronę Midori.
- Kim jest Carlos? Jesteś pewnien, że ten ''Ino'' jest naszym przeciwnikiem? To naprawdę tragedia. Pamiętaj, że jest was niewielu, a wojna między wami napewno nie będzie sprzyjać rozowjowi zakonu. – rzekła czarnowłosa piękność i spojrzała na Soutaichou.
- Midori-dono. Czuję, że stanie się coś złego, coś bardzo złego. Jeśli Quincy sprzymierzył się z Hueco Mundo, to już wszystko jest możliwe. Oby nie spotkała nas zdrada stanu, w tych mrocznych czasach, to najgorsze co może się stać. Dlatego też nie ufała bym zbytnio Kazuhiki-dono. Przepraszam, nie chcę kwestionować twych słów, lecz sądzę, że zbytnia ufność popchnie Seireitei na skraj zagłady.-
-Pytasz kim jest Carlos? Dziwi mnie to, że nie słyszałaś o władcy Hueco Mundo. Czy jestem pewien? Tak jestem pewien. Jego ostatnie zachowanie, słowa tylko mnie w tym utwierdziły. Ino dla mnie już nie istnieje.- powiedziałem a po mojej twarzy spłynęła łza. Tak bardzo chciałem żeby to wszystko było snem, żeby to wszystko tak naprawdę nigdy się nie wydarzyło, że to tylko moja głupia, chora wyobraźnia. Jednak łudziłem się na darmo.
-Wiem, że to nie dobrze mieć jeszcze wojnę domową. Lecz nic na to nie poradzę jest ona konieczna. Przepraszam.- na mojej twarzy malował się smutek.
Nagle do sali wpadł kolejny kapitan. Był wściekły i od wejścia krzyczał w stronę głównodowodzącej.
-Tak, spóźniłem się... Kaoru Matoke naiwny kapitan dziesiątej dywizji, który wierzył w Ciebie Midori-sama, który pokładał ufność w twych słowach i czynach. –
Głos Matoke, aż iskrzył się od smutku i narastającej goryczy, wpatrywał się teraz w całe to zbiorowisko, gdyż zebraniem nie szło tego nazwać.
-Jednak Ty, generał trzynastu dywizji obronnych zapomniałaś o najważniejszej rzeczy, o zadaniu jakie powierzono Ci wraz z tą rangą. –
Oskarżycielski palec białowłosego wycelował niechybnie w Midori.
-Przymknąłem oczy na Twój stosunek do kapitanów, przymknąłem i oczy na zmianę sali zebrań... A jednak naśmiewanie się z naszych wspólnych przodków, z całego Seireitei jest czymś czego wybaczyć Ci nie zdołam... –
Dopiero teraz dłoń mężczyzny odgarnęła włosy z twarzy, która właśnie zmieniła wyraz z rozpatrzonej na poważną...
-Ty nic nie rozumiesz prawda? Twoja decyzja iż zebranie kapitanów jest otwarta dla wszystkich sprawiła, że wszystkie słowa które tu padają uciekają na zewnątrz... A za dogadywanie się ze zdrajcami gotei i niszczycielami grozi Ci coś gorszego od wygnania przez radę 46 Pani kapitan, co więcej wszyscy na zewnątrz o tym rozmawiają...-
Dziesiątkowicz bezradnie potrząsł głową, jego zimne oczy przeszyte lazurowym blaskiem, jakby na wespół ze słowami przygniatały Midori i jej brak odpowiedzialności.
-Jednak najgorsza jest ostatnia plotka jaką słyszałem, iż pragniesz ruszyć na Hueco Mundo, zapominając czym są oddziały obronne. Zresztą nie pozwolę żadnemu z kapitanów ruszyć na misję samobójczą, mamy bronić ludzi i duszę, mamy walczyć by utrzymać równowagę na świecie. Niektórzy nazywają rzeź quincy zbrodnią, jednak było to koniecznością, by świat się nie rozpadł... Zabijając ich uratowaliśmy wszystkich innych! –
Kapitan utkwił wzrok we mnie z równym chłodem, po czym skierował lazurowe spojrzenie na vizarda i łatwo się domyślił kim on jest.
-SouTaicho, jednak postaram Ci się pomóc i puścić to w niepamięć i dlatego doprowadzę siłą zarówno niszczyciela, jak i zdrajcę przed obliczę rady 46. Zresztą liczę na to, że każdy kapitan gotei pamięta o swoich obowiązkach w tym przypadku. –
Po czym bez dalszych ceregieli Matoke dobył broni, która błysła błękitem przez zdawało się chwilę, ale wraz z tym zjawiskiem tsuka błękitnej broni przyozdobiona była błękitnymi wstęgami, zaś ostrze przechodziło z bieli w błękit mieniąc się spływającymi po nim kroplami wody.
Wtem odezwała się Fusae.
-Kaoru uspokój się. Nikt tu nie będzie nikogo prowadził przed radę 46. Odpuść sobie.- wyciągnęła swoje zanpaktou i powiedziała
-Usłysz Onimate.- W jej oczach widziałem przerażenie. Bała się, że coś może mi się stać, a przecież jej zaufałem, przecież powierzyłem jej swój los i chciałem sprzymierzyć się z wrogiem. -Przepraszam Yamashita-kun, że sytuacja przybrała taki obrót, lecz proszę Cię nie denerwuj się i o nic się nie bój. Nie pozwolę im Cie zabrać.- zwróciłam się w moim kierunku.
-Kaoru nadal masz coś do powiedzenia?- zadrwiła z kapitana X dywizji.

- Baka... – Powiedziała Midori obojętnym tonem i utkwiła swoje spojrzenie w białowłosym Kapitanie. - Nie chcąc uczynić żadnych poczynań w celu osłabienia Hueco Mundo została zarzucona mi nieodpowiedzialność i nieroztropność. Chcąc coś z tym zrobić, również zostało zarzucone mi to samo. – Oznajmiła twardym głosem zdającym się przeszywać na wskroś zimne powietrze krążące po olbrzymiej sali. - Tak naprawdę nie dogodzę Wam nigdy, w jednych kryje się dusza ciągnąca ich do sfanatyzowanej walki, w drugich szczypta tchórzostwa. Właśnie przez takich ludzi zaściankowo traktujących wszystkie sprawy jesteśmy teraz w wielkiej kropce. Szczerze powiedziawszy, mam już dosyć waszych poczynań. Wszystko rozdzielacie na dobre i złe. Ja trzymam się strony neutralnej, a moim zasranym obowiązkiem jest zorganizowanie wszystkiego tak, abyśmy ucierpieli jak najmniej. – Powiedziała wstając i obrzucając wszystkich nieprzyjemnym spojrzeniem.
- Nie musisz mi ufać, Kaoru-san. Ufność jest dla mnie uczuciem dalece odległym i kompletnie niepotrzebnym. Nie, nie zapomniałam o Gotei 13, ale w tej chwili pozostaje mi zaufać tylko sobie. Z tego co widzę nigdy nie dojdziemy do porozumienia. – Powiedziała dobywając swego miecza, a gniew emanujący z jej osoby sprawił, że cała sala pokryła się grubą warstwą szronu.
- O mnie się nie martw, Kaoru-san. – Powiedziała wykrzywiając usta w nieprzejrzanym uśmiechu. Wiedziałem, że to całe zamieszanie spowodowane jest moją osobą.
-Yare yare...o co to całe zamieszanie? Tylko o moją osobę? Przestańcie! Pomyślcie czy warto?! Hueco Mundo rośnie w siłę, Wy zachowujecie się gorzej niż Hollowy, która nie kierują się niczym oprócz swojego instynktu. Zastanówcie się czy o to Wam chodzi? Potrzebny Wam kolejny rozłam w Gotei XIII ?- sam nie wierzyłem w to co mówię lecz zdenerwowało mnie zachowanie Kaoru. Najpierw sami coś proponują a za chwilę błotem obrzucają.
-Wydaje mi się, że nie jestem Wam do niczego potrzebny. Najpierw dojdzie do porozumienia sami ze sobą a później zajmujcie się innymi sprawami. Fusae Onimate nie będzie Ci potrzebny. Schowaj go i proszę odprowadź mnie pod Senkai-mon. Nic tu po mnie.- powiedziałem a na mojej twarzy malowało się ogromne zdenerwowanie. Widziałem, że Midori również była wściekła. Przywołała do siebie Fusae, wręczyła jej jakiś pakunek
. -Kapitanie trzeciej dywizji, wybacz ale nie odpuszczę swych obowiązków w przeciwieństwie do Ciebie która mierzysz ostrzem w innego kapitana, opuść je do momentu aż stanę się wrogiem Seireitei. –
Zwrócił się do dziewczyny krótko, gdyż nie czuł się w obowiązku tłumaczyć dziewczynie, że nad generałem gotei znajduję się rada46, a nad nią królestwo Ledwo przybył i się wymądrza. Cholerny kapeć.
-Ufność, jest siłą gotei13, kiedy to ramię w ramię wraz z moimi dywizjonistami walczę w obronie ziemi i Rukongai polegam na ufności. Na tym, że jeden drugiego będzie ubezpieczał kiedy wróg zacznie nas okrążać. Gdyby moi ludzie mi nie ufali to zrezygnowałbym z funkcji kapitana dziesiątej dywizji, w waszych oczach może i jestem głupcem gotowym oddać życie za inną osobę. –
Matoke bezradnie pokręcił głową i dodał poważnym tonem.
-Co do Hueco Mundo ono istniało i istnieć będzie, dla równowagi na świecie... Nasza podróż w to miejsce zachwieję tą równowagę, co do arrancarów to są to tylko puści z ludzką twarzą co nie czyni ich groźniejszymi dla nas.-
Rzekł z pełnym przekonaniem, zresztą dla kapitana dziesiątej dywizji całe Las Noches było tylko kolejną jaskinią pustych.
-Yamashita, jeśli odejdziesz u boku kapitan trzeciej dywizji prosto do świata żywych nie zatrzymam Cię, nie mogłem wiedzieć iż zostałeś tu lekkomyślnie sprowadzony, a prawdą jest, że mamy ludzi chronić a nie narażać ich na śmierć Fusae. –
Kapitan III dywizji odprowadziła mnie pod bramę i powiedziała
-Proszę. To jest prezent od głównodowodzącej w ramach przeprosin. Chce żebyś zastanowił się jeszcze raz nad naszą propozycją sojuszu. Nie traktuj tego jako łapówki, albo że w ten sposób chce Cię przekupić. Pokazujemy Ci, że naprawdę możesz nam ufać, właśnie poprzez ten prezent. Ty także wyciągniesz korzyści z sojuszu z nami. Dlatego proszę Cię zastanów się jeszcze raz.- Powiedziała po czym odwróciła się i zniknęła. Ja sam zaś przekroczyłem bramę i wróciłem do siebie.

Moje wspomnienia znów się urywają. Znów leże w tym pokoju, bez ani jednej żywej duszy obok siebie. Nadal nie wiem jak się tutaj znalazłem i co się ze mną stało. Jedyne, co wiem to to, że miałem rękawice Sanrei. Tylko co się mogło z nią potem stać? Nie pamiętam, dlaczego nic nie pamiętam? Jestem pewien, że musiało się wydarzyć coś strasznego. Może dlatego właśnie powracają do mnie te wspomnienia, te ulotne niby nic nie znaczące chwile i sytuacje. W mojej głowie pojawił się kolejny obraz. Kolejne widzenie jakby ze snu:
Przechadzałem się po całym mieście, szukając jakiegokolwiek śladu Vaizardów. Jednak czuć można było tylko jakieś znikome ślady reiatsu. Nie znałem tego reiatsu, tak więc ciężko było mi stwierdzić do kogo należy.
-Haloooo?! Jest tu kto?!- szedłem i krzyczałem na całe gardło. Nie obchodziło mnie to, że mogę tym zwrócić na siebie czyjąś uwagę. Nawet lepiej, a nóż akuratnie trafię na jakiegoś Vaizarda i łatwiej będzie mi się dostać do ich lidera.
-Halooo?! Potrzebuje Waszej pomocy!- ach...czy wszystko zawsze musi tak wyglądać?
Ehh...nadal nic...nadal tylko te pozostałości wyczuwalnego reiatsu. Świadczące o tym, że ktoś kiedyś tu był. No cóż. Jednak nie poddam się tak łatwo. Muszę jakoś ich znaleźć, przecież to od nich samych dużo zależy. Zrobię wszystko. Kręciło się tu kilku meneli ale to nie mógł być żaden z nich. Od nikogo nie byłem w stanie wyczuć reiatsu.
-Niech to szlag. Pokażcie się naprawdę potrzebuje Was...- powiedziałem załamany. Ruszyłem przed siebie, chciałem odejść i poszukać gdzie indziej lecz moim oczom ukazał się chłopak z kapturem na głowie. Bawił się telefonem, nie wyglądał dobrze ale może on coś wiedział.
-Przepraszam?- zawołałem do chłopaka i podszedłem. -Mam pytanie i bym był wdzięczny jakbyś mógł mi pomóc. Przychodzisz tutaj często? Nie widziałeś może aby kręcił się tutaj ktoś podejrzany? Wiesz mam na myśli taki nie zbyt normalny człowiek...- zapytałem i czekałem na reakcję nieznajomego.
-No cześć... Często może nie, ale czasami tu wpadam. A podejrzanych ludzi jakoś tu nie widziałem- a co szukasz kogoś? – Z lekkim, szelmowskim uśmieszkiem dodał.
- Dziewczyna się obraziła czy jak? –
Czasami warto było rozmawiać z ludźmi; często wiedzieli więcej niż rozumieli. Przeczesał palcami czarne włosy i rozejrzał się dookoła.
Zdjął kaptur, na pierwszy rzut oka normalny chłopak. Jednak nie wiem dlaczego ale coś mi mówiło, że on może wiedzieć coś czego potrzebuje.
-Cholera...skoro mówisz, że czasami tu wpadasz ale nikogo podejrzanego nie widziałeś...to z jednej strony mi pomogłeś-odpowiadając, ale z drugiej nadal jestem w kropce. No tak szukam pewnego stowarzyszenia, z którym chciałbym o czymś ważnym porozmawiać, myślę, że dla nich także to może być ważne i kuszące.- mam nadzieję, że choć trochę mnie zrozumie. Przecież nie powiem mu, że szukam Vaizardów bo popatrzy na mnie jak na debila i powie koleś przecież jedyny "nienormalny" tutaj to Ty. No ale cóż. Zaśmiałem się kiedy zapytał o moją dziewczynę. Szkoda, że Inochi tego nie słyszy.
-Nie. Nie chodzi tutaj o moją dziewczynę. Moja druga połówka jest teraz w Japonii, chociaż wiem gdzie się znajduje bo z tymi pierwszymi to gorzej...- znów zmizerniałem. Jednak po chwili uniosłem głowę i po prostu uśmiechnąłem się do chłopaka. W tym momencie podeszła jakaś dziewczyna.
- Przez przypadek usłyszałam o czym mówiłeś przystojniaku... Czyżbyś był zainteresowany, przystąpieniem do mrocznej wspólnoty, mojej i moich przyjaciół?-
Zapytała niby całkowicie ignorując chłopaka i uśmiechając się do mnie w tajemniczy sposób.
-Nie no sorka, nic więcej nie wiem na temat jakiś dziwnych ludzi tu chodzących. – Odpowiedział ten pierwszy. Schował komórkę do kieszeni i poprawił plecak nakładając go także na drugie ramię. Prawdę mówiąc ciekawiło go trochę czego człowiek tu szuka i to po niedawnych walkach jakie się tu toczyły- wciąż dookoła można było dostrzec ślady po pojedynkach a wyraźne piętna reiatsu powoli blakły niczym wietrzone, mokre plamy na koszulce.
Czyżby ten śmiertelnik coś poczuł? Niczym prawdziwy, śmiertelny młodzieniec do każdej, urodziwej przedstawicielki płci przeciwnej "zagaił" przywitaniem.
-Hejka mała- nie wkręcaj młodego, jeszcze pomyśli, że naprawdę na tym zadupiu mogą być jakieś świry.-
No cóż nie widział niby nikogo podejrzanego. Może mówi prawdę a może po prostu nie chce mi pomóc. Nie wiem, jego sprawa. Następnym razem może będzie inaczej. Chciałem już odejść kiedy poczułem jak ktoś wiesza mi się na ramieniu. Była to ładna kobieta, zdrowa kobieta. O dużych oczach i pięknych włosach. Uśmiechała się i zadała pytanie o jej stowarzyszeniu.
-Jeżeli jesteś jedną z tych, których szukam to mnie zrozumiesz. Nazywam się Yamashita Makoto. Jeden z niszczycieli.- wiedziałem, że jeżeli powiem niszczyciel to młodzieniec może to odebrać za jakiś stopień a nie za to kim jestem gdyż tylko w naszym środowisku były używane takie terminy. -Chciałbym porozmawiać z Twoim liderem. Liczę, że będziemy mogli się dogadać. A teraz proszę zdejmij ze mnie te ręce.- uśmiechnąłem się. Przyszedł nowy chłopak. Podszedł do dziewczyny i w dość intrygujący sposób skinął jej głową po czym rzekł:
- Pani.... Jaką ofiarę wybierasz na dziś do złożenia mhrocznym bóstwom? Czy wreszcie doczekamy dnia kiedy będzie to istota człecza, a nie tylko zwierzęta? – powiedział to dość oficjalnym tonem jakby zwracając się do swojej przełożonej po czym dodał:
- Ale poszukać będę musiał mojego noża rzeźnickiego, gdyż porzuciłem go gdzieś tutaj po ostatnim odprawianiu rytuału przywołania........ A może także rozejrzę się za workiem treningowym? Dałbym głowę iż jeden dzisiaj widziałem w okolicach parku....-
Co chwilę dochodził do nas ktoś nowy. A niby nikt tutaj się zbytnio nie kręci. Ten pierwszy młodzieniec próbował mi wmówić, że nikogo podejrzanego tutaj nie ma. No ale widzę, że właśnie chyba jest na odwrót.
-Przepraszam, mówiłeś do tej młodej damy aby mnie nie wkręcała bo jeszcze uwierzę, że są tutaj jakieś świry. Więc powiedz mi jak wytłumaczysz zachowanie tego nowego przybysza? Wydaje mi się, że Was zna i nie wygląda mi na normalnego.- uśmiechnąłem się. Poszedłem na szukanie Vaizardów a okaże się, że wylądowałem w wariatkowie. To może być naprawdę interesujące.
Dziewczyna spoglądała na mnie z zaciekawieniem kota spoglądającego na mysz. Jej twarz nie drgnęła nawet gdy usłyszała słowo "niszczyciel", może uśmiech troche się poszeżył.
- Niszczyciel... To brzmi, tak dostojnie... Z chęcią przyjmiemy cię do stowarzyszenia!-
Słysząc słowa Aresa obrzuciła go wzrokiem bazyliszka.
- Świry?! Jak śmiesz nazywać tak wyznawców, mrocznego Pana, heretyku!-
Powiedziała z wyraźnym oburzeniem, po czym na powrót zwróciła się do śmiertelnika.
- Liderem, jestem ja! Dawny przywódca, do pięt mi nie dorastał!-
Powiedziała z perfidnym uśmieszkiem, które towarzystwo mogło odczytać w dwojaki sposób, szczególnie Ares .
- Dobrze że przybyłeś, sługo! Dzisiaj złożymy w ofierze tego oto niedowiarka, a asystować ci będzie, nowy członek naszej wspólnoty!-
Powiedziała wskazując kolejno na Aresa i na mnie. Całkowicie zignorowała wzmiankę, o zabraniu rączek. Chłopak w kapturze był zestresowany.
-Co ty powiedziałeś? Kogo dokładnie szukasz człowieczku? –
Ton głosu niskiego vizarda niósł ze sobą niezwykłą pewność oraz nutkę przywołującej na plecy ciarki, grozy. Szmaragdowe tęczówki wwiercały się we mnie niczym igły nie dając mi możliwości odwrócenia się. Wydaje mi się, że nie zrozumieli mnie do końca. Ta cała przykrywka ze stowarzyszeniem wyszła mi zbyt poważnie, no cóż wyznam im prawdę bo inaczej zwariuję.
-Przestańcie. Nie jestem żadnym nowym członkiem, ta przykrywka ze stowarzyszeniem była dlatego, żeby ten młody się nie skapnął o co mi tak naprawdę chodzi. Myślałem, że Wy wszyscy jesteście Vaizardami dlatego Wam tak powiedziałem. Jednak nimi nie jesteście bo od razu domyśli byście się o co mi chodzi i dlaczego tak pogrywam.- zdenerwowałem się trochę. Chcieli ze mnie zrobić jakiegoś przygłupa. No cóż zawsze mogło być gorzej. Następnym razem będę uważał bardziej.
-Chyba nic tu po mnie. Muszę iść ich szukać. Dzięki za pogawędkę.- sam zabrałem ręce dziewczyny ze swojego ciała i ruszyłem przed siebie, jednocześnie próbując wyrwać się z uścisku młodego.
-Przepraszam za nasze głupie zachowanie...-
Rzekł chłopak próbując rozluźnić atmosferę. Oczywiście Ares puścił mnie jakby dając mi możliwość odejścia, i kiwnął do dwójki vizardów aby się odsunęli. Pół Hiszpan, pół Japończyk wykonał szybki, niezbyt skomplikowany gest ręką i bez jakiejś złości w głosie czy uniesienia zainkantował Bakudou przy końcowym etapie zaklęcia mierząc palcem wskazującym lewej dłoni we mnie.
-Zaklęcie wiążące numer trzydzieści - dziobiący potrójny rozbłysk!-
Z wyciągniętej dłoni Pierwszego Miecza wystrzeliły trzy, błyszczące jasnym światłem dzioby mające w zamiarze przygwoździć mnie do drugiego, przeciwnego budynku dzięki sile pędu i zaskoczeniu.
Odszedłem. Miałem dość tej całej ich szopki, tego zamieszania wokół mnie. Zawiodłem się jednak trochę gdyż myślałem, że coś tutaj znajdę. Coś co może nam pomóc. Inochi pewnie pełną parą radzi sobie u dziadka a ja jak zwykle zawiodłem. W pewnym momencie poczułem, że ktoś wypuścił reiatsu z siebie, jednak nim zdążyłem odwrócić się i zobaczyć kto to zostałem przygwożdżony jakąś techniką do ściany budynku. Czyli może jednak miałem rację, że znajdę coś tutaj? Ale dlaczego akurat tak mnie musieli potraktować?
-Ej kurwa co jest?- odwróciłem się. Jednak nie byłem w stanie się oderwać. -O co Wam chodzi?! Czyli jednak miałem rację, że coś tutaj znajdę?- zapytałem nieco zdenerwowany.
Dziwne napięcie które powstało podczas rozmowy która przybrała dość niemiły obrót, nadawało jego spojrzeniu iluzji iż potrafi przejrzeć człowieka na wylot, wręcz wwiercał się we mnie czytając uczucia z mojej twarzy- nie trzeba było być biegłym znawcą ludzkich emocji by wyczytać iż coś nie poszło po mojej myśli, on szukał czegoś/kogoś ponieważ coś go trapiło- i to bardzo...
-Jak widzisz śmiertelniku jednak miałeś rację- na początku chciałem Cię zbyć, nie widziałem potrzeby słuchania nawiedzonego dzieciaka, ale te słowa... Zwykli ludzie nic o nas nie wiedzą, Wież mi nie trafiłeś w dobre miejsce i dobry czas, głupio zaryzykowałeś szukając "dusz".-
Ostatnie słowo Honseka wyraźnie podkreślił, w ogólnym mniemaniu obecnego towarzystwa zapewne dobrze znane. Jego twarz dalej była jakby zastygła, oschło nieporuszona.
-A teraz mały opowiesz nam od początku do końca, na naszych warunkach jaki czort pokusił Cię aby mnie i mych ziomków szukać.- Vaizard był zbyt pewien siebie. Podszedł do mnie, jednak na taką odległość abym nie mógł mu nic zrobić. Denerwowało mnie to jego głupie gadanie o jakiś warunkach. Nie po to tu przyszedłem aby tego wysłuchiwać.
-Nie pieprz mi nic tutaj o jakiś warunkach bo sam zadecyduje co i jak chcę powiedzieć. A tak w ogóle to za kogo Ty się uważasz, żeby po pierwsze mnie tak traktować a po drugie stawiać mi jakiekolwiek warunki? Myślisz, że mnie tym przestraszysz? Zapomnij. Jeżeli coś jest dla mnie ważne i mi na tym zależy zrobię wszystko by to osiągnąć.- Powiedziałem. Wiedziałem jednak, że nie tego spodziewał się Vaizard. Zastanawiało mnie tylko dlaczego tak chciał to rozegrać. No cóż nie teraz czas na to.
-A tak w ogóle to nie bądź taki bojowy chyba, że znów chcesz ściągnąć tutaj te szumowiny shinigami lub Carlos-sama do siebie.- powiedziałem z ironicznym uśmiechem na twarzy.
Arogant w głębi duszy oraz socjopata nie zabijał dla przyjemności czy z czczych pobudek. Za mało jeszcze wiedział .
-Uspokój się... Nie jestem miły, czy towarzyski i nie mam w zamiarze choćby najmniejszej próby straszenia Cię... Nie będziesz decydował też o warunkach z samej racji iż poszukujesz właśnie Mnie- a Ja nie układam się z byle kim, zwłaszcza słysząc jadowite słowa o plugawym władcy nocnego królestwa oraz niewyjaśnionych wiadomości o Nas.-
Zielonooki metys zdjął plecak z pleców i z jego "wnętrzności" wydobył pas z dopiętymi w lakierowanych na czarno saya, bliźniaczymi wakizashi. Od mieczy biło silne reiatsu co oznaczało iż to Pogromcy Dusz niskiego Lidera. Ares przypasał pas w talii i oparł dłonie na zwieńczeniach rękojeści- nie w geście groźby, lecz dziwnego skrzywienia sprzed lat: lepiej być zapobiegawczym.
Bez słowa czy jakiegokolwiek gestu świecące dzioby, przypierające moje ciało do ściany zniknęły pozwalając młodemu na ruch.
-A teraz wyjaśnisz kim jesteś i po co żeś tu przyszedł- byleby szybko...-
Dorzucił vizard na koniec ze stoickim opanowaniem; ostrzeżenia nie były potrzebne...
Nie miał zamiaru tracić czasu.

Kolejny nieznany mi Vaizard próbował robić z siebie bóg wie jakiego pro. Grożąc mi, że wrzucą mnie do wody a rybki się mną zajmą. Jakoś w ogóle się tym nie przejmowałem. Przywódca Vaizardów wypuścił mnie ze swojej techniki tak więc mogłem się w końcu ogarnąć. Przetarłem ręce i spodnie a następnie wsłuchiwałem się w jego słowa. Kiedy usłyszałem, że to on jest liderem nie mogłem w to uwierzyć. Nie mogłem sobie tego poukładać, przecież przed chwilą zgrywał jeszcze doskonałego młodzieńca, który niby przychodzi ale nic nie wie. Oczy Yamashity się powiększyły. Uklęknąłem przed nim i powiedziałem
-Wybacz mi za swoje aroganckie zachowanie ale nie wiedziałem, że to Ty jesteś liderem.- po tych słowach powstałem. A więc to ten chłopak był tym kogo właśnie poszukuje. Nie wiem dlaczego ale mimo tych ich wszystkich słów kompletnie się ich nie boje. Uśmiechnąłem się kiedy wspomniał on o Carlosie. Jednak coś nas łączyło, on także go nie lubił.
-Pytasz się mnie skąd wiem o Was? A więc na to składa się wiele czynników. Pierwszy to na przykład taki, że widziałem Was kiedyś na jednej z głównych ulic. Jednak nie mogłem Was sobie skojarzyć. Rozmawiałem wtedy z Carlosem a Wy przyglądaliście się temu. Nawet jeden z Was Alberto Tenshin jeżeli się nie mylę przyłączył się do rozmowy. Drugą rzeczą jest to, że Inochi, który także jest Quincy, aktualnie poszukuje reszty członków zakonu, walczył z owym Alberto. Mam nadzieję, że teraz już rozumiesz o czym mówię.- powiedziałem do Lidera licząc na to, że zrozumie moje słowa. Naglę przypomniał mi się jeszcze jeden ważny szczegół
-Ahhh...bym zapomniał. Znam również Blade. Spotkaliśmy się w Soul Society w sali zebrań pierwszej dywizji. Był nawet w tej samej sprawie co ja.- odpowiedziałem gdyż przypomniało mi się, że im także shinigami proponowali sojusz. Jednak ani do naszego ani do ich sojuszu nie doszło. Czym lepiej dla nas. Widziałem lekkie zdziwienie na twarzy lidera.
-Tak w ogóle to jestem Yamashita Makoto.- uśmiechnąłem się.
-Pytasz po co przyszedłem? Mianowicie chodzi mi o kolejną nieuniknioną wojnę między złem a dobrem. Jeżeli nie chcesz tego słuchać zabij mnie, jeżeli chciałbyś mi pomóc, wysłuchaj mnie do końca...- powiedziałem i czekałem na kolejny ruch Vaizarda.
Chłopak na moje zdziwienie odnośnie statusu pośród uciekinierów odparł krótko.
-Nie każdy w tych czasach musi wiedzieć, o kimś takim jak Ja…-
Zerknął kątem szmaragdowego oka w bok, na docinających sobie Giheia i Akemi aby prawie nie zauważalnie pokręcić głową w niezadowoleniu.
-Zwe się Ares Aramos Honseka, były kapitan trzynastej dywizji obronnej Soul Society- lecz tę wiadomości pozostaw lepiej dla siebie... I wysłucham Cię do końca Yamashita, bo pozytywnie odpowiedziałeś na moje pytanie.- Słowa "Dla siebie" ex shinigami doładnie podkreślił, choć nie uniósł ani trochę tonu swego niskiego głosu. Kiwnięciem głowy kazał mii iść z nim a sam ruszył wolnym, spacerowym krokiem wzdłuż budynków. Nie dla parady był Pierwszym Mieczem aby łatwo oddawać swych "braci". Idąc wbijał wzrok w niebo, a bliźniacze zanpakutou kołysały się u obu bioder w rytm każdego kroku...
-Mów dalej Niszczycielu.-
Yamashita był zadowolony z takiego rozwoju sytuacji. Miał nadzieję, że zapunktował tymi słowami u Aresa. Wiedział, że każda sekunda się liczy i każde słowo może działać na jego korzyść bądź odwrotnie. Poszedłem prosto za Vaizardem. W drodze wolałem przejść od razu do całego sedna mojej sprawy.
-Ares, miło mi z tego względu, że postanowiłeś dalej mnie wysłuchać. Ale dość tego pieprzenia o bzdurach. Nie będę ukrywał. Chcemy reaktywować Zakon Quincy ale w teraźniejszej sytuacji ciężko będzie nam samym. Nie ukrywam także, że potrzebujemy dobrego sojuszu. Wspominając o Blade, był ze mną w Soul Society. Fusae Taicho III Dywizji w imieniu całego Soul Society prosiła nas o wybaczenie i o pomoc w walce z Hueco Mundo. Na początku opierałem się, jednak kiedy zaproponowała, że w ramach pomocy otrzymamy legendarny artefakt Quincy, wybrałem się z nią do Soul Society posłuchać co ma mi do powiedzenia Głównodowodząca. Miało dojść do sojuszu między nami a nimi, tak samo jak między Wami. Jednak wpadł jakiś frajer i spieprzył wszystko. Znów się na nich zawiodłem i powiem Ci szczerze, że nie chce mieć już z nimi nic do czynienia. Dostałem za to od nich rękawice Sanrei. Wierzę, że przyda nam się ona w walce i będzie naszym atutem. Miałem kiedyś dobry kontakt z Carlosem. Do momentu kiedy sam zrozumiałem, że chce nas tylko wykorzystać. Inochi dlatego teraz szuka reszty członków, żeby powiększyć trochę naszą armię. Reasumując, chciałbym i byłbym zaszczycony gdybyś zgodził się na sojusz z nami. Wiem, że prawie nic o nas nie wiesz, że jeszcze nam nie ufasz ale mam nadzieję, że sama chęć walki na chwilę dzisiejszą powinna Ci wystarczyć. Z czasem będziemy się starać abyś nam zaufał. Jeżeli jest coś co mogę dla Ciebie zrobić, powiedz, a udowodnię Ci tym jak bardzo zależy nam na sojuszu z Tobą.- zatrzymałem się na chwilę i znów kucnąłem. -Proszę Cię zastanów się nad moją propozycją, a potem naucz mnie posługiwać się tą rękawicą.- mam nadzieję, że wszystko chociaż raz pójdzie po naszej myśli.

Wtedy odezwała się kobieta.
- Shinigami, nie mozna ufać, Niszczyciele to co innego. Wydaje mi się że nie powinni nas wystawić, przynajmniej jeśli chodzi o starcia z Bogami śmierci.- Powiedziała, całkowicie już poważnie spoglądając na Aresa. Wtedy znów odezwał się lider Vaizardów:
-Akemi ma dużo racji w swym orzeczeniu, Quincy nam nie zagrażają, nie są naszymi wrogami lecz ja nie jestem jak niektórzy...- były kapitan trzynastki pozwolił sobie na chwilę dziwnego zawieszenia głosu po czym kontynuował ze spokojem i pewnością płynącą w tonie głosu -Yamashito Makoto, teraz wszystko zależy od mych najwierniejszych żołnierzy- Oni dadzą Ci odpowiedź, lecz wiedz niezależnie od ich odpowiedzi nie ma wyjątków od zasady: "Najmniejsza oznaka zdrady ściąga tasak na szyję". –
Lider nie spoglądał już na "żywego", wbijał szmaragdowe ślepia w Akemi oraz Giheia, teraz wszystko zależało od nich... On był już po prostu zmęczony ciągłym obarczaniem swych wątłych ramion przewinieniami innych. Pierwszy odezwał się Gihei
- Szczerze to powiem ci jedno... jakby było to głosowanie to wstrzymałbym się od swojego głosu. Mam to gdzieś czy będzie to jakiś sojusz czy parada równości...... Sam zadecydujesz, taka już twoja rola jako lidera. Ja tym czasem ide sobie na spacer, a wynik tych rozmów poznam wieczorem, jak się spotkamy. – Gdy tylko skończył mówić po prostu odwrócił się plecami do Hosenki po czym odszedł pare kroków od zgromadzonych tu osób. Będąc odwróconym do reszty uniósł prawą rękę do góry po czym powiedział skromne:
- Do później.-
Następnie odezwała się kobieta.
- Ja powiem tak... Nie mam nic przeciwko sojuszowi, jeśli będzie się on opierał na wyraźnych zasadach. Co komu wolno, a co nie i kto do czego jest zobowiązany. Bo nie widzi mi się, żeby ktoś na nasz teren właził z butami i się tu rządził, obwołując się sojusznikiem... Albo tym bardziej pomaganie w każdej bitce, którą Niszczyciele rozpętają, bo któryś będzie miał zły dzień i zechce wyżyć się na shinigami...-
Powiedziała, spoglądając na mnie, z powagą, jakby coś kalkulując. Na pożegnanie Giheia, mruknęła coś niewyraźnie i powoli zwróciła wzrok w stronę Aresa.
- Taka jest moja opinia... Ale nigdy nie byłam dobra w politycznych gierkach.-
Z jednej strony byłem zadowolony z tego co usłyszałem. Cieszyłem się, że w końcu coś nam się udało, że dłużej nie będziemy już jakimiś tam Quincy. W końcu nasz zakon będzie mógł być reaktywowany. Zwróciłem się w kierunku Aresa.
-Ares, jaka jest Twoja ostateczna decyzja? Akemi ma rację co do nie których spraw i problemów. Jednak mimo wszystko na naszą pomoc możecie liczyć zawsze. Dziękuję za wszystko.- powiedziałem i czekałem na jego reakcję. Wtem odezwał się lider.
-Także byłem wojownikiem, nie dyplomatą- i tak jak Akemi rzekła, możemy przystać do wspólnej walki z zastępami Hueco Mundo lecz nie zobowiązuje się niańczyć każdego quincy który głupim trafem wpadnie w tarapaty- musisz zrozumieć Yamashito iż jest nas zbyt mało, i ostatnimi czasy mocno ucierpieliśmy... Zapewniam tylko iż nie będzie z naszej strony agresji wobec Was, i w miarę zbrojnie, w naprawdę złych przypadkach, ruszymy na pomoc twemu zakonowi. Więcej zapewnić nie jestem w stanie...-
Zakończył całą wypowiedź Honseka takim jak zwykle głosem- pełnym stoickiego spokoju i zimnej kalkulacji, bez zbędnych słów. Czarnowłosy metys dalej nie spoglądał na człowieka, teraz nawet nie wbijał szmaragdowego wzroku w jedyną, obecną tu kobietę lecz patrzył w dal, w stronę jaką obrał sobie na tor odejścia były kapitan jedenastki, Sugimura Gihei... Nagle odezwał się do mnie.
-Teraz chodź ze mną, bierz rękawicę. Nauczę Cię jak z niej korzystać.- Ja posłusznie ją wziąłem i ruszyłem za nim.
Moje wspomnienie znów się urwało. Teraz chociaż wiedziałem, że zakon miał sojusz z Vaizardami, i że to oni nauczyli mnie jak posługiwać się rękawicą Sanrei. Tylko dlaczego teraz jej nie posiadam? Dlaczego w ogóle czuję się taki bezsilny jakby wszystkie moce mnie opuściły? Co się tutaj dzieje? O co w tym wszystkim chodzi? Przecież to nie jest normalne. Coś musiało się wydarzyć. Coś musiało się stać. Tylko dlaczego nie pamiętam co? Ehh… Moja głowa zaczęła pękać. Strasznie mnie bolała i w tej chwili w mojej głowie pojawił się kolejny obraz…
Ktoś zaczął spalać drzwi do mojego domu od zewnątrz. Rozpoznałem to reiatsu, nie należało ani do Arrancara, ani do Bounto, ani do Shinigamich – musiało to być reiatsu Vaizarda. Wiedziałem już, co to oznacza tym bardziej, ze pałałem nienawiścią do Vaizardów za przykre wydarzenia z Soul Society.
To, co tutaj się działo nie obchodziło mnie teraz w ogóle. Użyłem, hirenkyaku i pojawiłem się na dole obok Yoshiego, który rozmawiał z owym Vaizardem.
– Co się tutaj dzieje?! Po coś tu przylazł. Radzę Ci dobrze odejdź stąd i zapomnij o tym domu, bo drugiej takiej szansy możesz nie dostać. – Powiedziałem a na mojej twarzy malował się ironiczny uśmiech. Widziałem jak jego ręce spoczywały na Zanpaktou
–Powiem to ostatni raz. Muszę się zobaczyć z Inochim! Cholera...- Usłyszałem, nadal na nas zawzięcie patrzył. Na razie nie atakował.
-Hmm...Od kiedy to Quincy trzymają z Shinigami?- Powiedział i nadal na nas spoglądał swymi czerwonymi oczyma. To nie był jego interes, niech go to w ogóle nie obchodzi. Uważał się za bóg wie, kogo.
-Nie Twój zasrany interes, co tutaj robię. To akuratnie najmniej powinno Cię obchodzić. Nie obchodzi mnie to, z kim chcesz się zobaczyć. Chyba Yoshi wyraził się jasno. Skoro nie posłuchałeś się ani jego ani mnie...przepadnij.- Ruszyłem w jego stronę kopnąłem go a następnie zaatakowałem swoim łukiem. Wyskoczyłam w górę, wymierzyłam w niego kilkoma strzałami i ruszyłem naprzód.
-Oj chłopczyk mi grozi... Myślisz, że kim ja jestem do cholery? Myślisz, iż odejdę sobie, bo macie przewagę liczebną. Nie nazywam się żałosnym śmieciem takim jak Shinigami z Soul Society.- Mruknął.
-Inochi!!!-zaczął się wydzierać na cała okolicę. Tego już było za wiele.
-Yoshi na razie nie wtrącaj się. Idź do Inochiego i powiedz, że to nic takiego, że już nie ważne, co tutaj się dzieje.- powiedziałem i uśmiechnęłam się do Vaizarda. To był dopiero początek dobrej zabawy.
-Heh...Myślałem, że Shinigami to dalej pokojowe istoty. Teraz wmawiają każdemu pokój i chcą zawrzeć traktat pokojowy. Pewnie z wami Quincy będzie tak samo jak z nami. Podaliśmy pomocną dłoń, a teraz ścigają nas i naszego przyjaciela.- Rzekł w moją stronę z ironią. Jakoś nie obchodziło mnie to, co miał mi teraz do powiedzenia.
-Słuchaj nie mam zbytnio czasu na pierdoły. Przeszkadzasz mi teraz w czymś dla mnie bardzo ważnym. Jak masz jakiś problem to zapraszam nad rzekę. – Odpowiedziałem, po czym właśnie tam się udaliśmy. Kiedy tylko pojawiliśmy się nad rzeką, Vaizard nie czekał ani chwili.
-Satsujin, Zeikanri.- Uwolnił swojego zabójcę dusz.
-Myślę, iż chciałbyś znać imię twego przeciwnika... Zresztą, jeśli nie to nie musisz słuchać...Nazywam się Alberto Koetsu.- Spoglądał w moim kierunku. Po niedługiej chwili przed jego twarzą pojawiła się jego ręka. Zaczął skupiać Reiatsu aż na jego twarzy pojawiła się maska. Były na niej kolory czarny i czerwony, a sama maska miała kolor biały.
-Na nic Ci się ona tu zda- wykrzyczałem i uzbroiłem się w cierpliwość. Pogrywał ze mną. Co było w stylu Vaizardów. Jednak jakoś szczególnie się tym nie przejąłem. Kiedy jednak przywołał maskę na swoją paskudną gębę wiedziałem, że to już nie są żarty i muszę się mieć na baczności. Mimo wszystko, że nie zbyt chciałem się wdawać z nim w konwersację, kiedy ujawnił swoje imię, stwierdziłem, że wypadałoby ujawnić swoje.
-Yamashita…Yamashita Makoto.- Rzekłem w jego kierunku. Czekałem na jego kolejny ruch.
-Kamen...-szepnął. Nie było tego słychać gdyż zagłuszał to lekki wiaterek.
-Wybacz, iż nie będę Cię oszczędzał nawet, jeśli jesteś tylko małym, nędznym robaczkiem...-powiedział i uniósł miecz nad siebie. Ucieszyłem się, kiedy powiedział, że nie będzie mnie oszczędzał. Kogoś takiego potrzebowałem, aby patrzył na mnie jak na przeciwnika. Kiedy uniósł miecz nad swoją głowę nie wiedziałem, co dokładnie planuje, jednak nie spuszczałem go z oczu. W ostrzu zaczął skupiać ogromną ilość Reiatsu. Następnie wykonał zamach i wypuścił atak w moją stronę.
[b]-Bainisuru Hinshitsu!-
krzyknął. Wystrzelił do mnie skumulowanym reiatsu, momentalnie zareagowałam i krzyknąłem
-Hirenkyaku- Miałem nadzieję, że to czymś poskutkuje.
-Hadou #31 Shukkahou- rzekł i wyciągnął ręce przed siebie.
-Kunrinsha yo! Chiniku no kamen! Banshou! Habataki! Hito no na wo kansu mono yo! Shounetsu to souran! Umihedate sakamaki minami e to ho wo susume yo! Hadou no sanjuuichi - Shukkahou! –mruknął zaklęcie i wystrzelił czerwoną kulę prosto w moją stronę. Użyłem Hirenkyaku, aby ominąć jego atak jednak nie udało mi się i zranił mnie w nogę – a dokładniej w lewą łydkę.
Dobry jest. Jednak dobry to za mało, aby mnie pokonać. Wiedziałem, że najpierw chce sprawdzić, co potrafię. Nie pokaże mu na sam początek zbyt wiele. Po co mam ujawniać swoje wszystkie atuty?
-Tylko na tyle Cię stać? Myślałam, że ta maska zrobi z Ciebie kogoś pro, imba, mega, super, jednak zawiodłem się.- zadrwiłem z Vaizarda.
-Widzisz może Twoje myśli były błędne. Sam nie mówiłem iż jestem pr0 i kimś super wyszkolonym w walce. Wcale się za takiego nie uważam. A nad resztą możesz rozmyślać długo.-rzekł spokojnie. Po czym użyłem Hirenkyaku, pojawiłem się za nim i użyłem Seele Schneider’ów
- Spróbuj obronić się przed tym, zobaczymy czy jesteś taki mocny.-
Liczyłem na to, że mój atak się powiedzie i Vaizard będzie unieruchomiony. Nie myliłem się. Podszedłem bliżej, wymierzyłem w prawe ramie i ponownie powiedziałem
-Tak jak na to liczyłem. Seele Schneider’y przygnieździły Cię i unieruchomiły. Teraz postaram się odebrać Ci czucie.- wiedziałem, że trafiając go tym mogę unieruchomić mu chociaż na trochę rękę. Stanąłem w bezpiecznej odległości i powiedziałem
-Dobra zabawa się dopiero rozpoczyna. Nie myśl sobie, że Quincy walczą tylko na dystans. Postaram się zapewnić Ci dobrą rozrywkę. Jednak ostrzegam, nie mam zamiaru patrzeć, w jakim będziesz stanie. Będę robił wszystko, aby udowodnić Ci, że nie dorównujesz mi ani trochę.- znów zadrwiłem.
-Heh...Wiesz nie przyszedłem tutaj by walczyć, a później błagać Cię o litość...nawet jakbym miał tutaj umrzeć to nie będę Cię błagał o darowanie mi życia. Wiesz dla mnie byłaby to porażka życiowa...Nie jestem nauczony błagać o to by mnie ktoś nie zabijał, a i tak nie mam najmniejszego zamiaru tego robić.
Jeżeli jesteś taka dobra to pokaż od razu, co potrafisz. Hmm... a może potrafisz tylko tyle, co teraz pokazałaś?-
Powiedział i czekał na mój kolejny ruch.
-To jeszcze nie wszystko. To dopiero początek, i wydaje mi się, że nie będziesz w stanie ujrzeć wszystkiego. Byłbyś pierwszą osobą no, ale.- Odpowiedziałem i przeszłam do kolejnego ataku.
-Blendenden Nadeln!- Krzyknąłem i wymierzyłem prosto w przeciwnika.
. –I jak Ci się to podoba?- Zawołałem widząc minę Vaizarda.
Alberto nie do końca zdawał sobie chyba jednak sprawę z tego, co tu właśnie się wydarzyło.
-Tak czy siak to Soul Society się zmieniło i są od dawna tam same śmiecie nie warte poświęcenia czasu.-mruknął dosyć głośno. Cóż przed następnym atakiem również pozostało mu tylko Shunpo. Teraz w masce być może miał je trochę szybsze, ale to nie daje mu żadnej przewagi...
-Jeszcze zobaczymy...-Mruknął jakby nie usłyszał mojego ostatniego pytania. Powtórzyłem je
-Nadal nie odpowiedziałeś mi na moje pytanie dotyczące tego jak Ci się to podoba?- Na mojej twarzy zawitał pogardliwy uśmiech.
-Cóż jak mi się podoba? Odpowiedź jest tylko jedna i prosta, a jest nią:
Zajebista jazda.-
uśmiechnął się teraz jeszcze szerzej niż wcześniej... –Heh...Przyznaje, że to było niezłe. Tego nie ma, co ukrywać, ale i tak niezłe to zamało by mnie zabić... Uwolnij swój artefakt i pokaż jak mnie od razu zabijasz... W końcu tego chcesz, prawda?-rzekł i znowu uśmiechnął się szeroko. Rana go piekła, ale swym uśmiechem chciał mnie zdenerwować bym pokazał jeszcze więcej. Byłem zadowolony. Na prawdę byłem zadowolony ostatnimi atakami. Alberto wydaje mi się, że też. Otrzymał to, co chciał, jednak nie będę rozpaczał z tego powodu, że teraz może być mi znacznie łatwiej zabić go. Chce zobaczyć mój Sanrei Shutō? Chyba zdurniał.
-Hahaha...nie rozśmieszaj mnie proszę. Chcesz zobaczyć Rękawicę Sanrei? Zapomnij, nie jesteś jej wart. To jest przygotowane na lepszych zawodników niż Ty...a zresztą obawiam się, że jak uwolniłbym ją to i tak byś jej nie zauważył, bo nawet nie zorientowałbyś się, kiedy nie żyjesz.- odpowiedziałem. Byłem podekscytowany, że ktoś w końcu zaczął mnie doceniać.
Teraz zmienił swą pozycje i miecz znowu dał nad siebie.
~Czy on znów próbuje użyć tego durnego ataku?~ Ale naprawdę tak nie było. Teraz zamierzał zrobić coś całkiem innego. Związanego z ogniem i większą siłą uderzenia. Wiedział, iż niedługo maska zabawi na jego twarzy.
-Ryuu Hi!-zrobił zamach mieczem, z którego wyleciał ogień przypominający smoka z czarnymi oczyma. Leciał on bardzo szybko w moją stronę. Wypuścił w moją stronę ognistego smoka. Nie powiem, zrobiło to na mnie naprawdę wrażenie. Jednak cofając się od ataku do tyłu za pomocą Hirenkyaku, szeptałem
-Stromfresser!-liczyłem na to, że tak silny skill mnie nie zawiedzie. Alberto jednak nie postanowił mnie oszczędzać i użył już kolejnego ataku, przed którym mogłem uciec jedynie hirenkyaku. Wbił miecz w ziemię i wyciągnął swoją lewą rękę.
-Hadou #33 Soukatsui !- Rzekł, a następnie zaczął:
-Kunrinsha yo! Chiniku no kamen! Banshou! Habataki! Hito no na wo kansu mono yo! Shinri to sessei, tsumishiranu yume no kabe ni wazuka ni tsume wo tateyo! Hadou no sanjuusan - Soukatsui! – Mruknął zaklęcie i posłał falę niebieskiej energii wprost na mnie. Próbowałem uniknąć tego ataku, jednak byłem trochę wyczerpany i ponownie trafił w moją lewą łydkę powiększając mi ranę.
-To mi się podoba. Traktujesz mnie jak równy równego. Nie ma podziału na rasy. Wszyscy inni myślą, że skoro jestem Quincy to trzeba mnie oszczędzać. Jednak zazwyczaj tego żałują, bo gdyby grali na równi od samego początku to może mieliby jakieś szanse a tak Ciebie czeka to samo, co ich.- Powiedziałem i uśmiechnąłem się. Bowiem widziałem, co dzieje się z maską Alberto. Nie jest już taka wyraźna, a nawet nie jest już cała. Wiedziałem, że to musi być jej kres. Czyli teraz pójdzie jak z górki.
-Bainisuru Hinshitsu!- Uniósł miecz nad siebie i znowu nim wymachnął. Alberto znów strzelał do mnie tym swoim marnym ogniem, jednak ja użyłem hirenkyaku, ale tym razem w stronę Alberto jednocześnie starając się ominąć fale ataku. Alberto także przybliżył się w moją stronę. W między czasie podciągnąłem rękaw i oczom Alberto ukazało się Sanrei Shutō
-Mam nadzieję, że Ci się podoba, gdyż widzisz ją pierwszy i ostatni raz.- Gdy promień ataków już znikł, Alberto przenosi się za pomocą Shunpo blisko mnie.
-Bakudou no rokujuusan - sajo sabaku!- Powiedział trzymając łańcuch z własnego reiatsu w ręce gdzie trzyma rękojeść miecza. Łańcuchem próbuje oplątać moje ciało, a następnie podlecieć do bliżej i zadać silnego kopniaka w brzuch. Wiedziałem, że przybliżając się do Alberto a on w moją stronę nie będę mógł pudłować.
-Alberto widzę, że Twoja maska się już do niczego nie nadaje. Jak mi przykro...- znów zadrwiłem. Wiedziałem, że Alberto ma teraz poważne problemy.

-Pff...- Teraz stał nieruchomo gdyż był uwięziony przez technikę Yamashity. Rozglądał się tylko na to co on robi i wyzwalał wielką ilość reiatsu, a także wkładał całą siłę próbując się uwolnić z tej techniki. Cóż każdy może stwierdzić iż Alberto jest samobójcą. Stwierdzić to można po jego narwaniu do walk nawet z bardzo silnymi przeciwnikami, a wręcz parę razy silniejszymi od niego samego.
-Zmęczyłeś mnie trochę. No i jestem pełny podziwu, że udało Ci się uszkodzić moje ramię jak i nogę. Jednak nie chcę Cię martwić, ale jakoś się tym nie przejmuję. Nie uważam, żeby były to dostatecznie poważne rany.- wiedziałem, że teraz ja mam przewagę, gdyż Alberto uwięziony jest w mojej technice. Nie zastanawiałem się zbyt długo. Wiedziałem, co chcę teraz zrobić. Podszedłem znów bliżej i powiedziałem
-Przepraszam.- Po czym przyłożyłem swoje ręce gdzieś około metra od lewego ramienia Alberto i wyszeptałem
-Haizen!-Wiedziałem, że mogę praktycznie wykluczyć jego z tej gry za pomocą takich działań. Jednak odczuwałem zmęczenie. Wciąż mam z tym małe problemy. Z jednej strony trochę szkoda mi go było, no, ale cóż taki już jest jego los. Sam wiedział, na co się decyduje nikt nie mówił, że będzie łatwo. Odsunąłem się trochę od niego i powiedziałem
-Tak bardzo chciałeś abym dał z siebie wszystko, tak bardzo chciałeś, aby była to normalna walka. Nie wstyd Ci, że pokona Cię Quincy? Ktoś, kto tak naprawdę nie powinien w ogóle zajmować się walką? Ktoś, kto tak naprawdę powinien się opiekować ludźmi, wspierać ich, pomagać a nie zadawać cierpienie. Przykro mi, że muszę to zrobić.- Powiedziałem a następnie poprawiłem swoje Seele Schneidery w dłoniach.
-Ehh...I co z tego? Ja wcale nie powiedziałem, że Quincy musi zajmować się ludzi i być opiekuńczy... Dla mnie Quincy nie musi być miły i w ogóle. Quincy też mają prawo do walk i innych rzeczy. Nie obchodzi mnie czy pokona mnie dziewczyna czy też chłopak. Jak dla mnie to żadna różnica.- rzekł i spojrzał w jego stronę. Pomimo swoich ran wciąż potrafił się uśmiechnąć i tak też zrobił.
-Heh...Dalej czekam na Twoją najlepszą technikę. Pokaż jak to zabijasz mnie w parę sekund.- Mruknął.
-Bakudou #39 - Enkosen...-powiedział i stworzył tarczę. Teraz czekał tylko na jedno...
Będąc za Vaizardem powiedziałem
-Gomen ne- i jednocześnie odwróciłem się i biegnąc tyłem mierząc prosto w serce zaatakowałem Seele Schneiderami.
-Letzl Still!- Strzelałem jeden za drugim. Alberto miał rozciętą na całą długość klatkę piersiową. Jego ręce nie nadawał się do niczego. Wręcz przeszkadzały mu w tej walce.
Miecz z jego ręki wypadł, a druga ręka również opadła. Było pewne iż Alberto nie podniesie już nimi miecza. Co nie oznaczało, że się podda.
-Oj...Chyba nie myślałeś iż te ataczki mnie już wykończą? Jeśli jednak myślałeś, że to mój koniec to się myliłeś...-Rzekł poważnie. Teraz łańcuch który miał przy pasie opadł na ziemie. Przez chwilę spoglądał na swój miecz jak i na łańcuch z małym ostrzem. Alberto mnie po prostu śmieszył. Pragnął czegoś czego nie będzie w stanie osiągnąć. Mówi się trudno.
-Walkę trzeba brać na poważnie, i nigdy nie można myśleć, że przeciwnik już nie żyje, gdyż może on najzwyczajniej w świecie udawać.-[/b:27faa6
_________________
Baza reiatsu:14
Gyaza reiatsu:+5 (w ŚŻ) / +10 (w HM/SS)
Aktualne reiatsu:~1
Stan zdrowia:W szoku, obudzony w szpitalu, zdezorientowany.
Ostatnio zmieniony przez Yamashita 2012-06-18, 00:47, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
     
Yamashita 


Stanowisko: Quincy
Ressurection: 20
Multikonta: Dagan
Wysłany: 2012-06-17, 22:48     

razem dam z siebie wszystko. Nigdzie nie widzę tu Yoshiego ani Inochiego. Odnajdę ich, odbuduję zakon i jeszcze wszystkim się odwdzięczę za to, co zrobili. Następnie wyszkolimy nowych, młodych mnichów, którzy pomogą nam zwojować rebelię o jakiej nie śnił jeszcze świat. Kiedyś przekonają się wszyscy, że nadal istniejemy i nie pozwolimy sobie w kaszę dmuchać. Nikt nie będzie mógł się z nami równać. Koniec z pomiataniem Quincy.
_________________
Baza reiatsu:14
Gyaza reiatsu:+5 (w ŚŻ) / +10 (w HM/SS)
Aktualne reiatsu:~1
Stan zdrowia:W szoku, obudzony w szpitalu, zdezorientowany.
 
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  
Szybka odpowiedź
Użytkownik: 


Wygaśnie za Dni
 
 
 
 
 
 
 



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template bLock v 0.2 modified by Nasedo
Strona wygenerowana w 0,17 sekundy. Zapytań do SQL: 26


Załóż : Własne Forum lub Własną Stronę Internetową